niedziela, 31 marca 2019
I urodzinki bloga :D
Nie mogę uwierzyć ze minął rok! Z jednej strony przeleciał błyskawicznie, jednak z drugiej czuję jakbym prowadziła bloga już całą wieczność. Nie spodziewałam się że tak się w to wciągnę. Co prawda były miesiące gdy zmuszałam się żeby coś napisać, ale wtedy pojawiał się nowy komentarz który sprawiał że uśmiechałam się jak wariatka. Niby zaczęłam pisać dla samej siebie jednak świadomość że ktoś to czyta jest wspaniała. Szczególnie gdy są to ludzie których blogi podziwiałam od dawna i marzyłam by przynajmniej w minimalnym stopniu wkręcić się w tą społeczność. Zawsze miałam ten problem że moi przyjaciele niezbyt podzielali moje pasje i nie miałam z kim o nich pogadać dlatego tak się cieszę się z kontaktu z Wami :) Cóż, wyszło trochę ckliwie, w każdym razie - Jesteście wspaniali i dziękuję za ten wspólny rok :D
A teraz czas na małe podsumowanie:
Liczba postów: 48
wiem, że nie jest to jakaś porażająca liczba ale jestem z siebie zadowolona :)
Liczba obserwatorów: 7
nawet sobie nie wyobrażacie jak byłam szczęśliwa widząc tę powoli rosnącą liczbę :D
Komentarze: 247
ktoś naprawdę czyta moje wypociny! Dziękuję Wam z całego serca za każdy komentarz, staram się odpisywać na każdy, choć czasem trochę mi to zajmuje
Wyświetlenia bloga: 2830
Najpopularniejszy wpis (wyświetlenia): "Artifical people: Magenta"
kompletnie nie rozumiem fenomenu tego tekstu. A ma mniej więcej cztery razy więcej wyświetleń niż reszta!
Najpopularniejszy wpis (komentarze): Stosik październikowo- listopadowy
ogólnie stosiki są najlepiej komentowane, nie dziwię się. Też uwielbiam przeglądać u innych wpisy z zakupami :)
Z recenzji: Kirke i W cieniu betonowej dżungli
Najaktywniejsza osoba w komentarzach: PustyKwadracik
niedziela, 17 marca 2019
"Beztroski kemping" afro tom 1
TYTUŁ: Beztroski kemping
TYTUŁ ORYGINAŁU: Yuru Camp
AUTOR: Afro
ILOŚĆ TOMÓW: 7+
OCENIANY TOM: 1
WYDANIE POLSKIE: 2019 - seria wychodząca (Dango)
WYDANIE ORYGINALNE: 2015- seria wychodząca
TŁUMACZ: Katarzyna Nishioka
Przyspieszony kurs biwakowania.
Pasją Rin jest biwakowanie, jednak robi to trochę nietypowo. Zawsze jeździ sama, poza sezonem, by w ciszy delektować się pięknem przyrody. Podczas jednej ze swoich wypraw jej spokój zostaje zburzony przez dziwaczną dziewczynę, która przez ten krótki wspólny czas zaczyna fascynować się kempingiem (i ramenem). Może uda jej się przekonać Rin do wyjazdów w gronie przyjaciół?
Pierwsze co trzeba napisać przy tym tytule to to, że manga jest niezwykle przyjemna w
odbiorze. Jest to lekka, niewymagająca i poprawiająca humor historia. Fabuła obyła się nie tylko bez dramatów, ale też zwrotów akcji i czy nawet jakichkolwiek zaskakujących momentów. Po prostu czysty relaks. Niestety, jeśli nie lubicie okruchów życia lub obyczajówek możecie uznać "Beztroski..." za nudny. Bo, powiedzmy sobie szczerze, przez cały tomik praktycznie nic się nie dzieje.
Autor pod warstwą fabularną ukrył kurs biwakowania. Dowiecie się między innymi: czego można użyć jako rozpałkę, jakie drewno jest najlepsze, czym różnią się poszczególnie rodzaje śpiworów lub namiotów. Podaje nawet ich japońskie ceny! Jako, że w pewnym okresie sporo jeździłam pod namiot wskazówki nie były szczególnie odkrywcze, ale i tak udało mi się dowiedzieć czegoś nowego. Dodatkowo dziewczyny jeżdżą do prawdziwych miejsc. Czytanie tego tytułu to idealny sposób by zaplanować wakacje! ;) Oczywiście jeśli wybierasz się do Japonii... a jeśli nie, to przynajmniej możesz popodziwiać rysunkowe krajobrazy.
Kreska wyróżnia się szczególnie sposobem rysowania oczu. Źrenice są tak duże że wyglądają jakby całe oko było pokolorowane na szaro. Rysownik używa dużo rastrów i w mandze przeważają odcienie szarości. Kreska, choć na pierwszy rzut oka wydaje się oszczędna, zawiera sporo szczegółów a rysowane krajobrazy pozwalają odkryć urok ich realnych odpowiedników.
Siłą takich historii powinni być bohaterowie. Jak się prezentują nasze dziewczyny?
Rin na szczęście nie jest typową mangową bohaterką bez przyjaciół. Może i lubi wyjeżdżać sama, ale chyba każdy ma czasem ochotę spędzić czas w towarzystwie siebie samego. Szczególnie gdy twoja przyjaciółka za bardzo jest przywiązana do towarzystwa ciepłej pierzyny....
Rin ceni sobie spokój i własny komfort. Niechętnie angażuje się w jakiekolwiek działania które uzna za kłopotliwe. Wygląda też jakby nie wyrażała czuć.

Nadeshiko to jej przeciwieństwo. Jest bardzo głośna, radosna i pełna entuzjazmu do wszystkiego czego się tknie. I jest niezwykle roztrzepana. Wybuchowa mieszanka która sprawia że trudno nie pałać do niej sympatią. Dodatkowo jest jeszcze wielkim łakomczuchem.
Przez ten tomik przewiną się jeszcze dwie (jedyne) członkinie klubu pod chmurką, przyjaciółka Rin i siostra Nadeshiko. Na razie nie mam jeszcze swojej ulubienicy ale polubiłam wszystkie postacie.
Wydanie jest zrobione bardzo ładnie. Kartki są grube i nie prześwitują. Wszystkie onomatopeje zostały wyczyszczone i zamienione polskimi odpowiednikami. Tylko na kilku książkach pozostawiono angielskie tytuły. Tłumaczenie czyta się płynnie, ale w jednej wypowiedzi coś mi zgrzytało. Duży plus za szerokie marginesy wewnętrzne, w końcu wydanie przy którym nie muszę prawie rozrywać klejenia by dostać się do rysunku.
Komu polecam "Beztroski kemping"? Na pewno fanom spokojnych i zabawnych obyczajówek. Pamiętajcie jednak by przygotować się na brak akcji. Jeśli nie przypadnie wam do gustu, można spokojnie traktować tytuł jak jednotomówkę. Ja planuję kontynuować przygodę z serią.
ILOŚĆ TOMÓW: 7+
OCENIANY TOM: 1
WYDANIE POLSKIE: 2019 - seria wychodząca (Dango)
WYDANIE ORYGINALNE: 2015- seria wychodząca
TŁUMACZ: Katarzyna Nishioka
Przyspieszony kurs biwakowania.
Pasją Rin jest biwakowanie, jednak robi to trochę nietypowo. Zawsze jeździ sama, poza sezonem, by w ciszy delektować się pięknem przyrody. Podczas jednej ze swoich wypraw jej spokój zostaje zburzony przez dziwaczną dziewczynę, która przez ten krótki wspólny czas zaczyna fascynować się kempingiem (i ramenem). Może uda jej się przekonać Rin do wyjazdów w gronie przyjaciół?
Pierwsze co trzeba napisać przy tym tytule to to, że manga jest niezwykle przyjemna w
odbiorze. Jest to lekka, niewymagająca i poprawiająca humor historia. Fabuła obyła się nie tylko bez dramatów, ale też zwrotów akcji i czy nawet jakichkolwiek zaskakujących momentów. Po prostu czysty relaks. Niestety, jeśli nie lubicie okruchów życia lub obyczajówek możecie uznać "Beztroski..." za nudny. Bo, powiedzmy sobie szczerze, przez cały tomik praktycznie nic się nie dzieje.
Autor pod warstwą fabularną ukrył kurs biwakowania. Dowiecie się między innymi: czego można użyć jako rozpałkę, jakie drewno jest najlepsze, czym różnią się poszczególnie rodzaje śpiworów lub namiotów. Podaje nawet ich japońskie ceny! Jako, że w pewnym okresie sporo jeździłam pod namiot wskazówki nie były szczególnie odkrywcze, ale i tak udało mi się dowiedzieć czegoś nowego. Dodatkowo dziewczyny jeżdżą do prawdziwych miejsc. Czytanie tego tytułu to idealny sposób by zaplanować wakacje! ;) Oczywiście jeśli wybierasz się do Japonii... a jeśli nie, to przynajmniej możesz popodziwiać rysunkowe krajobrazy.
Kreska wyróżnia się szczególnie sposobem rysowania oczu. Źrenice są tak duże że wyglądają jakby całe oko było pokolorowane na szaro. Rysownik używa dużo rastrów i w mandze przeważają odcienie szarości. Kreska, choć na pierwszy rzut oka wydaje się oszczędna, zawiera sporo szczegółów a rysowane krajobrazy pozwalają odkryć urok ich realnych odpowiedników.
Siłą takich historii powinni być bohaterowie. Jak się prezentują nasze dziewczyny?
Rin na szczęście nie jest typową mangową bohaterką bez przyjaciół. Może i lubi wyjeżdżać sama, ale chyba każdy ma czasem ochotę spędzić czas w towarzystwie siebie samego. Szczególnie gdy twoja przyjaciółka za bardzo jest przywiązana do towarzystwa ciepłej pierzyny....
Rin ceni sobie spokój i własny komfort. Niechętnie angażuje się w jakiekolwiek działania które uzna za kłopotliwe. Wygląda też jakby nie wyrażała czuć.
Nadeshiko to jej przeciwieństwo. Jest bardzo głośna, radosna i pełna entuzjazmu do wszystkiego czego się tknie. I jest niezwykle roztrzepana. Wybuchowa mieszanka która sprawia że trudno nie pałać do niej sympatią. Dodatkowo jest jeszcze wielkim łakomczuchem.
Przez ten tomik przewiną się jeszcze dwie (jedyne) członkinie klubu pod chmurką, przyjaciółka Rin i siostra Nadeshiko. Na razie nie mam jeszcze swojej ulubienicy ale polubiłam wszystkie postacie.
Wydanie jest zrobione bardzo ładnie. Kartki są grube i nie prześwitują. Wszystkie onomatopeje zostały wyczyszczone i zamienione polskimi odpowiednikami. Tylko na kilku książkach pozostawiono angielskie tytuły. Tłumaczenie czyta się płynnie, ale w jednej wypowiedzi coś mi zgrzytało. Duży plus za szerokie marginesy wewnętrzne, w końcu wydanie przy którym nie muszę prawie rozrywać klejenia by dostać się do rysunku.
Komu polecam "Beztroski kemping"? Na pewno fanom spokojnych i zabawnych obyczajówek. Pamiętajcie jednak by przygotować się na brak akcji. Jeśli nie przypadnie wam do gustu, można spokojnie traktować tytuł jak jednotomówkę. Ja planuję kontynuować przygodę z serią.
Recenzja specjalnie na życzenie PustegoKwadracika :D
środa, 6 marca 2019
"Green Book"
TYTUŁ: Green Book
TYTUŁ ORYGINAŁU: Green Book
KRAJ: USA
REŻYSERIA: Peter Farrelly
CZAS TRWANIA: 2 godz 10 min
PREMIERA: 8 luty 2019 (11 września 2018- ŚWIAT)
OBSADA: Viggo Mortensen, Mahershala Ali
TYTUŁ ORYGINAŁU: Green Book
KRAJ: USA
REŻYSERIA: Peter Farrelly
CZAS TRWANIA: 2 godz 10 min
PREMIERA: 8 luty 2019 (11 września 2018- ŚWIAT)
OBSADA: Viggo Mortensen, Mahershala Ali
Co roku z niecierpliwością czekam na wyniki Oskarów (choć nigdy nie udaje mi się obejrzeć wszystkich nominowanych filmów, głównie przez opóźnioną premierę w polskich kinach) Niestety prawie nigdy nie wygrywają moi faworyci. Czy tym razem było inaczej? W tym roku główną nagrodę zgarnął film o niepozornym tytule i opisie fabuły. Czy wielkie zachwyty były nad wyrost czy mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem?
Tony Wara (prawdziwe nazwisko nie do wymówienia) jest cwaniaczkiem mającym jednak nie najlepszą sytuację finansową i tymczasowo stracił pracę. Propozycja zostania kierowcą dla znanego pianisty na jego trasie koncertowej jest dla niego darem z nieba. Przynajmniej dopóki nie dowiaduje się, że jego nowy pracodawca jest czarny, a występy dodatkowo mają odbyć się na południu kraju przesiąkniętym rasizmem. Oto historia podróży która zmieniła uprzedzenia w prawdziwą przyjaźń i połączyła dwa kompletnie różne światy.
Naprawdę nie spodziewałam się że ten film wywrze na mnie aż tak wielkie wrażenie. Choć z opisu akcja nie porywa, podczas oglądania idealnie trzyma w napięciu. Podczas seansu zapomniałam o całym świecie zewnętrznym i dałam się pochłonąć tej niezwykłej w swojej zwyczajności historii. W końcu ile już było opowieści o rasizmie? Ale jeszcze żadnego w takim genialnym wykonaniu!
Twórcy znaleźli złoty środek między dramatem a niewymuszonym humorem. Często podczas seansu cała sala śmiała się na całe gardło, za to przy poważnych momentach było cicho jak makiem zasiał. Naprawdę rzadko się zdarza by reakcje ludzi były tak podobne. Dzięki temu nie drażnił mnie tłum ludzi na około. Ba, wręcz zapomniałam na te dwie godziny o ich istnieniu.
Zawsze w filmach przeszkadzają mi moralizatorskie gadki. I nareszcie udało mi się trafić na taki w którym zostały ujęte we właściwy sposób. Nie za pomocą słów, ale w kontraście postawy bohaterów. Twórcy w końcu nie traktują widza jak idioty i karzą samemu dojrzeć pewne sprawy. Zmuszają do myślenia a nie walą ideami po twarzy. A jest kilka scen które wywierają ogromne wrażenie, wstrząsają ludzką bezdusznością.
„Nie jestem dostatecznie czarny, nie jestem dostatecznie biały, nie jestem dostatecznie mężczyzną, więc kim ja jestem?!”
Film nie był by taki świetny gdyby nie genialne aktorstwo. Viggo dopracował swoją postać do takiej perfekcji że dopiero po seansie uświadomiłam sobie ze to przecież aktor wcielający się w Aragorna! Jego gra nie przypominała żadnej z jego wcześniejszych ról, stworzył do tego obrazu nową gestykulację, mimikę, sposób wyrażania się. Efekt jest niesamowity. Jego Tony właściwie tworzy film i kradnie większość scen.
Naprawdę nie rozumiem czemu nie otrzymał Oskara za tą rolę. Szczególnie ze Rami Malek w "Bohemian Rhapsody" był beznadziejny i grał samymi sztucznymi zębami...
A kim właściwie jest Tony? To prosty mężczyzna, bez wykształcenia (sceny nauki pisania listów miłosnych do żony wywołują niemały uśmiech na twarzy), ale bardzo zaradny w życiu. Sam twierdzi że jest mistrzem krętactwa jednak na swój pokręcony sposób jest uczciwy. Narwany, często działa a dopiero potem myśli. Początek filmu pokazuje go jako niemałego rasistę, podróż z muzykiem zdecydowanie wstrząśnie jego światopoglądem.
Nie myślcie że tylko Viggo wyróżniał się w filmie. Ali dotrzymywał mu kroku swoją postacią czarnego artysty w świecie białych. Praktycznie bez słów (i z mniejszym czasem antenowym) pokazał człowieka samotnego i zagubionego, nie mającego swojego miejsca w świecie. Shirley czuje że nigdzie nie pasuje, w każdym towarzystwie jest wyrzutkiem. Próbuje drobnymi czynami zmienić świat jednak zawsze natrafia na nieprzebyty mur. Jedna z końcowych scen gdy w końcu może cieszyć się swoją chwilą szczęścia bardzo chwyta za serce.
„Czasem geniusz to za mało. Potrzeba odwagi, by zmieniać ludzkie serca”
Jak to w filmie o pianiście nie mogło zabraknąć wspaniałej ścieżki dźwiękowej! A jest czego słuchać. Tu znowu wykorzystano kontrast między bohaterami. Tony (oraz my podczas scen w samochodzie) słucha "czarnej" muzyki, utworów które każdy stereotypowy afroamerykanin powinien znać. Shirley, który kompletnie odciął się od "swoich ludzi" skłania się ku bardziej klasycznym dźwiękom. Jego największym marzeniem jest móc grać Chopina, jednak kolor skóry przeszkadza mu w jego realizacji. Towarzyszymy też oczywiście bohaterom podczas koncertów artysty. I jeszcze jeden wielki plus dla Mahershala - sceny gry na pianinie wypadają bardzo naturalnie. Nie znalazłam nigdzie informacji czy któryś z utworów grał własnoręcznie, ale nie zdziwiłabym się gdyby tak było.
"Green Book" potrafi rozśmieszyć do łez ale też chwycić za serce. Porusza też wiele trudnych tematów nie robiąc tego nachalnie. Chciało by się powiedzieć że to film idealny. Ale nawet gdyby się znalazło w nim wady, zatoną one w morzu pełnych emocji scen.
Tony Wara (prawdziwe nazwisko nie do wymówienia) jest cwaniaczkiem mającym jednak nie najlepszą sytuację finansową i tymczasowo stracił pracę. Propozycja zostania kierowcą dla znanego pianisty na jego trasie koncertowej jest dla niego darem z nieba. Przynajmniej dopóki nie dowiaduje się, że jego nowy pracodawca jest czarny, a występy dodatkowo mają odbyć się na południu kraju przesiąkniętym rasizmem. Oto historia podróży która zmieniła uprzedzenia w prawdziwą przyjaźń i połączyła dwa kompletnie różne światy.
Naprawdę nie spodziewałam się że ten film wywrze na mnie aż tak wielkie wrażenie. Choć z opisu akcja nie porywa, podczas oglądania idealnie trzyma w napięciu. Podczas seansu zapomniałam o całym świecie zewnętrznym i dałam się pochłonąć tej niezwykłej w swojej zwyczajności historii. W końcu ile już było opowieści o rasizmie? Ale jeszcze żadnego w takim genialnym wykonaniu!
Twórcy znaleźli złoty środek między dramatem a niewymuszonym humorem. Często podczas seansu cała sala śmiała się na całe gardło, za to przy poważnych momentach było cicho jak makiem zasiał. Naprawdę rzadko się zdarza by reakcje ludzi były tak podobne. Dzięki temu nie drażnił mnie tłum ludzi na około. Ba, wręcz zapomniałam na te dwie godziny o ich istnieniu.
Zawsze w filmach przeszkadzają mi moralizatorskie gadki. I nareszcie udało mi się trafić na taki w którym zostały ujęte we właściwy sposób. Nie za pomocą słów, ale w kontraście postawy bohaterów. Twórcy w końcu nie traktują widza jak idioty i karzą samemu dojrzeć pewne sprawy. Zmuszają do myślenia a nie walą ideami po twarzy. A jest kilka scen które wywierają ogromne wrażenie, wstrząsają ludzką bezdusznością.
„Nie jestem dostatecznie czarny, nie jestem dostatecznie biały, nie jestem dostatecznie mężczyzną, więc kim ja jestem?!”
Film nie był by taki świetny gdyby nie genialne aktorstwo. Viggo dopracował swoją postać do takiej perfekcji że dopiero po seansie uświadomiłam sobie ze to przecież aktor wcielający się w Aragorna! Jego gra nie przypominała żadnej z jego wcześniejszych ról, stworzył do tego obrazu nową gestykulację, mimikę, sposób wyrażania się. Efekt jest niesamowity. Jego Tony właściwie tworzy film i kradnie większość scen.
Naprawdę nie rozumiem czemu nie otrzymał Oskara za tą rolę. Szczególnie ze Rami Malek w "Bohemian Rhapsody" był beznadziejny i grał samymi sztucznymi zębami...
A kim właściwie jest Tony? To prosty mężczyzna, bez wykształcenia (sceny nauki pisania listów miłosnych do żony wywołują niemały uśmiech na twarzy), ale bardzo zaradny w życiu. Sam twierdzi że jest mistrzem krętactwa jednak na swój pokręcony sposób jest uczciwy. Narwany, często działa a dopiero potem myśli. Początek filmu pokazuje go jako niemałego rasistę, podróż z muzykiem zdecydowanie wstrząśnie jego światopoglądem.
"Przemocą się nie wygra. Najważniejsze to zachować godność"
Nie myślcie że tylko Viggo wyróżniał się w filmie. Ali dotrzymywał mu kroku swoją postacią czarnego artysty w świecie białych. Praktycznie bez słów (i z mniejszym czasem antenowym) pokazał człowieka samotnego i zagubionego, nie mającego swojego miejsca w świecie. Shirley czuje że nigdzie nie pasuje, w każdym towarzystwie jest wyrzutkiem. Próbuje drobnymi czynami zmienić świat jednak zawsze natrafia na nieprzebyty mur. Jedna z końcowych scen gdy w końcu może cieszyć się swoją chwilą szczęścia bardzo chwyta za serce.
„Czasem geniusz to za mało. Potrzeba odwagi, by zmieniać ludzkie serca”
Jak to w filmie o pianiście nie mogło zabraknąć wspaniałej ścieżki dźwiękowej! A jest czego słuchać. Tu znowu wykorzystano kontrast między bohaterami. Tony (oraz my podczas scen w samochodzie) słucha "czarnej" muzyki, utworów które każdy stereotypowy afroamerykanin powinien znać. Shirley, który kompletnie odciął się od "swoich ludzi" skłania się ku bardziej klasycznym dźwiękom. Jego największym marzeniem jest móc grać Chopina, jednak kolor skóry przeszkadza mu w jego realizacji. Towarzyszymy też oczywiście bohaterom podczas koncertów artysty. I jeszcze jeden wielki plus dla Mahershala - sceny gry na pianinie wypadają bardzo naturalnie. Nie znalazłam nigdzie informacji czy któryś z utworów grał własnoręcznie, ale nie zdziwiłabym się gdyby tak było.
"Green Book" potrafi rozśmieszyć do łez ale też chwycić za serce. Porusza też wiele trudnych tematów nie robiąc tego nachalnie. Chciało by się powiedzieć że to film idealny. Ale nawet gdyby się znalazło w nim wady, zatoną one w morzu pełnych emocji scen.
Śledzicie wyniki Oskarów?
Wiem że dawno mnie nie było,
postaram się coś jeszcze napisać w najbliższym czasie
jednak zbliżające się coraz bardziej matury
skutecznie mi w tym przeszkadzają :(
piątek, 15 lutego 2019
"Następczyni" Kiera Cass
TYTUŁ: Następczyni
TYTUŁ ORYGINALNY: The Heir
AUTOR: Kiera Cass
CYKL: Selekcja
ILOŚĆ TOMÓW: 5
OCENIANY TOM: 4
LICZBA STRON: 360
WYDANIE ORYGINALNE: 2015
WYDANIE POLSKIE: 2015 (Jaguar)
TŁUMACZ: Małgorzata Kaczarowska
Poszukiwania prawdziwej miłości czy jedynie zasłona dymna?
Minęło 20 lat od ostatnich Eliminacji, America i Maxon prowadzą szczęśliwe życie z czwórką dzieci i ciężarem korony. Ich decyzja o zniesieniu klas doprowadziła do wielu zmian w kraju, jednak nie wszystko poszło tak dobrze jak się spodziewali. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, co chwila wybuchają następne incydenty związane z dawną dyskryminacją. By odciągnąć uwagę opinii publicznej i zyskać na czasie decydują się na urządzenie Eliminacji dla swojej następczyni, Eadlyn. Byłoby to jednak dużo łatwiejsze gdyby dziewczyna wykazała choć minimalną chęć znalezienia miłości swojego życia.
Jak pewnie większość osób czytających oryginalną trylogię, obawiałam się, że ta część będzie powtórką z rozgrywki. W końcu czy zamiana kandydatek na kandydatów i księcia na księżniczkę wystarczy by stworzyć coś nowego? Co zaskakujące - tak! Jednak czy kontynuacja była naprawdę potrzebna? Niekoniecznie.
Odświeżenie tematu stało się głównie za sprawą głównej bohaterki. Dziewczyna kompletnie różni się od Amy i Maxona, aż trudno uwierzyć, że to ich córka. Autorce udało się stworzyć postać typowej księżniczki. W niezbyt pozytywnym sensie. Eadlyn jest zapatrzona w siebie, arogancka, rozpieszczona, a jej ego jest rozmiarów wieżowca (albo pałacu) Cóż, w końcu od urodzenia przygotowywała się do roli władczyni a wszyscy mówili jej że jest najważniejsza. Nic dziwnego, że opinia publiczna (i czytelnik) jej nienawidzi. Z drugiej strony przez całe życie dorastała słuchając historii miłośnej swoich rodziców która, nie ukrywajmy, jest nierealna jak z bajki. Eadlyn miała do niej podobne podejście, i przez to nie wierzy, że jest w stanie odnaleźć prawdziwą miłość. Jest zamkniętą w sobie dziewczyną która boi się pokazać innym prawdziwą siebie.

Niestety jak bardzo by się ją rozumiało, jej postać i tak jest ciężka do zdzierżenia. A to, że jest jedyną narratorką dodatkowo pogarsza sprawę. Szczególnie, że ciągle rozwodzi się nad tym jaka to nie jest wspaniała...
Przez jej podejście fabuła bardzo się wlecze. Romansu tu jak na lekarstwo, za każdym razem gdy coś zaczyna się dziać Eadlyn ucieka. A szkoda, bo kandydaci są ciekawsi od niej. Niestety potraktowano ich mocno po macoszemu, książka jest za krótka by przedstawić bliżej ponad 30 kandydatów więc skupiono się najwyżej na sześciu. Ale ogólnie wszyscy są dość barwną mieszanką.
Najbardziej interesujący są jednak trzej bracia księżniczki. Najmłodszy, niesforny Osten, rozsądny Kaden i młodszy od bohaterki aż o 7 minut bliźniak Ahren, jej jedyny powiernik i podpora, do szaleństwa zakochany w przyszłej królowej Francji. Gdyby seria skupiła się na tej trójce wyszłoby to jej na lepsze. Albo na służącej Eadlyn, Neenie która została moją ulubioną postacią.
Zdecydowanym plusem książki jest perspektywa osoby wybierającej w Eliminacjach. Zakończenie nie jest przez to takie oczywiste jak w Rywalkach. Od początku do końca nie wiemy kogo wybierze przyszła władczyni więc każdy może kibicować ulubieńcom. Niestety przyjaciółka przypadkowo dała mi wielki, wielki spoiler. Ale patrząc, że z nim mało na razie romansuje, nie tracę nadziei, może coś źle usłyszałam. Oby.
Świetne są puszczenia oka dla fanów poprzednich części. Stare postacie przewijają się co chwila, posyłają znaczące uśmiechy a my możemy obserwować ich dalsze życie. Szkoda, że oryginalną trylogię czytałam strasznie dawno i nie udało mi się wyłapać wszystkich nawiązań.
Jeśli pominąć irytującą bohaterkę książka nie jest taka zła. Czyta się ją lekko i przyjemnie, jest niewymagająca i momentami zabawna (scena z kabaretem zrobionym przez kandydatów mnie rozwaliła) Jednak nic by się nie stało gdyby seria skończyła się na trzech tomach. Może nawet było by lepiej gdyby tak się stało.
AUTOR: Kiera Cass
CYKL: Selekcja
ILOŚĆ TOMÓW: 5
OCENIANY TOM: 4
LICZBA STRON: 360
WYDANIE ORYGINALNE: 2015
WYDANIE POLSKIE: 2015 (Jaguar)
TŁUMACZ: Małgorzata Kaczarowska
Poszukiwania prawdziwej miłości czy jedynie zasłona dymna?
Minęło 20 lat od ostatnich Eliminacji, America i Maxon prowadzą szczęśliwe życie z czwórką dzieci i ciężarem korony. Ich decyzja o zniesieniu klas doprowadziła do wielu zmian w kraju, jednak nie wszystko poszło tak dobrze jak się spodziewali. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, co chwila wybuchają następne incydenty związane z dawną dyskryminacją. By odciągnąć uwagę opinii publicznej i zyskać na czasie decydują się na urządzenie Eliminacji dla swojej następczyni, Eadlyn. Byłoby to jednak dużo łatwiejsze gdyby dziewczyna wykazała choć minimalną chęć znalezienia miłości swojego życia.
Jak pewnie większość osób czytających oryginalną trylogię, obawiałam się, że ta część będzie powtórką z rozgrywki. W końcu czy zamiana kandydatek na kandydatów i księcia na księżniczkę wystarczy by stworzyć coś nowego? Co zaskakujące - tak! Jednak czy kontynuacja była naprawdę potrzebna? Niekoniecznie.
Odświeżenie tematu stało się głównie za sprawą głównej bohaterki. Dziewczyna kompletnie różni się od Amy i Maxona, aż trudno uwierzyć, że to ich córka. Autorce udało się stworzyć postać typowej księżniczki. W niezbyt pozytywnym sensie. Eadlyn jest zapatrzona w siebie, arogancka, rozpieszczona, a jej ego jest rozmiarów wieżowca (albo pałacu) Cóż, w końcu od urodzenia przygotowywała się do roli władczyni a wszyscy mówili jej że jest najważniejsza. Nic dziwnego, że opinia publiczna (i czytelnik) jej nienawidzi. Z drugiej strony przez całe życie dorastała słuchając historii miłośnej swoich rodziców która, nie ukrywajmy, jest nierealna jak z bajki. Eadlyn miała do niej podobne podejście, i przez to nie wierzy, że jest w stanie odnaleźć prawdziwą miłość. Jest zamkniętą w sobie dziewczyną która boi się pokazać innym prawdziwą siebie.
Niestety jak bardzo by się ją rozumiało, jej postać i tak jest ciężka do zdzierżenia. A to, że jest jedyną narratorką dodatkowo pogarsza sprawę. Szczególnie, że ciągle rozwodzi się nad tym jaka to nie jest wspaniała...
Przez jej podejście fabuła bardzo się wlecze. Romansu tu jak na lekarstwo, za każdym razem gdy coś zaczyna się dziać Eadlyn ucieka. A szkoda, bo kandydaci są ciekawsi od niej. Niestety potraktowano ich mocno po macoszemu, książka jest za krótka by przedstawić bliżej ponad 30 kandydatów więc skupiono się najwyżej na sześciu. Ale ogólnie wszyscy są dość barwną mieszanką.
Najbardziej interesujący są jednak trzej bracia księżniczki. Najmłodszy, niesforny Osten, rozsądny Kaden i młodszy od bohaterki aż o 7 minut bliźniak Ahren, jej jedyny powiernik i podpora, do szaleństwa zakochany w przyszłej królowej Francji. Gdyby seria skupiła się na tej trójce wyszłoby to jej na lepsze. Albo na służącej Eadlyn, Neenie która została moją ulubioną postacią.
Zdecydowanym plusem książki jest perspektywa osoby wybierającej w Eliminacjach. Zakończenie nie jest przez to takie oczywiste jak w Rywalkach. Od początku do końca nie wiemy kogo wybierze przyszła władczyni więc każdy może kibicować ulubieńcom. Niestety przyjaciółka przypadkowo dała mi wielki, wielki spoiler. Ale patrząc, że z nim mało na razie romansuje, nie tracę nadziei, może coś źle usłyszałam. Oby.
Świetne są puszczenia oka dla fanów poprzednich części. Stare postacie przewijają się co chwila, posyłają znaczące uśmiechy a my możemy obserwować ich dalsze życie. Szkoda, że oryginalną trylogię czytałam strasznie dawno i nie udało mi się wyłapać wszystkich nawiązań.
Jeśli pominąć irytującą bohaterkę książka nie jest taka zła. Czyta się ją lekko i przyjemnie, jest niewymagająca i momentami zabawna (scena z kabaretem zrobionym przez kandydatów mnie rozwaliła) Jednak nic by się nie stało gdyby seria skończyła się na trzech tomach. Może nawet było by lepiej gdyby tak się stało.
Czytaliście Rywalki?
Co sądzicie o kontynuacjach o dzieciach bohaterów?
sobota, 9 lutego 2019
"Niebo ze stali" Robert M. Wegner
TYTUŁ: Niebo ze stali
AUTOR: Robert M. Wegner
CYKL: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
ILOŚĆ TOMÓW: 5+ (zapowiedziane w wywiadzie przez autora minimum 8)
OCENIANY TOM: 3
LICZBA STRON: 680
WYDANIE: 2012 (Powergraph)
Krwawy powrót do domu.
(MOŻLIWE SPOILERY POPRZEDNICH TOMÓW)
Verdanno wyruszyli odbić Wyżynę Lytherańską, swój dom. Zgodnie obietnicą Laskolnyk znalazł dla nich drogę dającą przynajmniej cień szansy na powodzenie wojennej wyprawy - trasę przez środek gór. Czy to w ogóle możliwe przeprowadzić przez Olekandy kilkadziesiąt tysięcy wozów? A nawet jeśli, na wyżynie czeka ich jeszcze spotkanie z Se-kohlandczykami. A koła nigdy nie wygrały z kopytami.
Czerwone Szóstki z Belenden oddaliły się daleko od domu. By uchronić ich przed wściekłymi Szczurami dowództwo wysłało ich jako wparcie na wschód, na Olekady. W górach od kilku miesięcy dochodzi do przerażających morderstw a patrole badające tą sprawę zapadają się pod ziemię.
Tam Kenneth, jak to on, wpada w kolejne kłopoty - dostaje jako uzupełnienie oddziału odpady z innych kompani, ludzi którzy zebrali już tyle nagan że nie wiadomo co z nimi zrobić. Jakby to nie wystarczyło między nimi jest też dziesiątka powiązana z tajemniczym zniknięciem oficera.
Kailean i Daghena zostały tymczasowo zwerbowane przez wywiad wewnętrzny, mają zbadać powiązania mieszkańców zamku z morderstwami. Jak dziewczyny poradzą sobie jako Szczury? Dwie stepowe wojowniczki w roli verdańskiej księżniczki i jej służki w domu meekhańskiej arystokracji - to nie ma szans się dobrze skończyć.
Najmłodsza córka And'ewersa, Key'la, zostaje zaatakowana w lesie przez szarych zabójców. Ratuje ją dziwny, wychudzony chłopiec. Dziewczynka postanawia w tajemnicy zaopiekować się swoim wybawicielem.
Kończymy z opowiadaniami, przechodzimy do dłuższej formy. Jak poradził sobie z nią autor?
Akcję śledzimy z perspektywy trzech bohaterów (pod koniec przewija się nawet więcej narratorów). Niestety przez to, że przez połowę książki były to osobne wątki, po przeskoku na inną postać musiałam od nowa wczuć się w jej relacje i całymi siłami powstrzymać się przed wertowaniem książki w poszukiwaniu dalszego ciągu poprzedniego wątku. W każdym razie, wszystkie linie fabularne są poprowadzone ciekawie i na końcu łączą się w jeden obraz.
Narracja każdej postaci zachowuje równy, dobry poziom wyróżniając się pewnymi drobnymi elementami. Kailean i Daghena ciągle sobie docinają, Kenneth jest trochę zwariowanym dowódcą umiejącym doprowadzić wszystkich do szału, a Key'la ma nadal dziecięce spojrzenie na świat, odmienne także ze względu na swoją kulturę.
No właśnie, jedno trzeba Wegnerowi przyznać - potrafi wykreować bardzo ciekawe kultury. "Niebo ze stali", jak się już pewnie domyśliliście skupia się się na Wozakach, tym dumnym i pełnym wewnętrznego smutku ludzie wygnańców. Co się wydarzyło w czasie Krwawego Marszu, że przepełnia ich taka nienawiść do jednego z ludów Se-kohlandczyków?
Ciekawe było oglądanie różnic między starym a nowym pokoleniem wychowanym między Meekhańczykami. Młodzi są pełni sprzeczności, z jednej strony przez pełne heroizmu opowieści pragną być najbardziej wozaccy jak to możliwe, z drugiej marzą o zerwaniu przysięgi danej bogini Laal i wskoczeniu na koński grzbiet.
Jednak to nie wszystko. Autor w końcu przedstawił nam bliżej wrogów Imperium, koczowników. Możemy prześledzić strukturę państwa rządzonego twardą ręką przez Ojca Wojny, Yawenyra. Czy ten cwany lis naprawdę kończy swój żywot, czy to tylko gra by osłabić czujność przeciwników? I to nie tylko tych zewnętrznych, ale też wewnętrznych. Rywalizacja między Synami Wolny nabiera na sile a pokonanie Verdanno byłoby idealną sytuacją do pokazania swojej przewagi. Dodatkowo ludy wcielone do Se-kohlandczyków darzą resztę czystą nienawiścią. Ten kocioł emocji i intryg tylko czeka na moment do wybuchu.
Wegner udoskonalił swój warsztat pisarski. Opisy pojedynków z opowiadań to nic w porównaniu do tego co teraz wyczynia. Epickie bitwy są opisanie w niesamowicie widowiskowy sposób. Czytając miałam je przed oczami: mury z wozów, ataki kawalerii, przemieszczenia oddziałów, pędzące rydwany, magiczne ataki.
Jednak są tu też opisy okrucieństwa które było aż trudno czytać. Wiem, po lekturze dalszych części, że był to istotny element do dalszego rozwoju fabuły, ale nie da się ukryć że autor mógł to przedstawić trochę łagodniej. Ale może jestem przewrażliwiona na wątki z dziećmi w roli głównej. Choć nie da się ukryć że ta scena była bardzo symboliczna.
Pisarzowi też coraz lepiej idzie rozluźnianie atmosfery drobnymi żartami czego trochę brakowało mi w opowiadaniach. Tutaj bez tego byłoby zdecydowanie za poważnie i dramatycznie.
A jak prezentuje się w tej części wątek boski? Było go dosyć mało, ledwie sugestie przyszłych wydarzeń, ale interesująco rozwinięto kwestię mroku. I dostajemy masę nowych pytań i żadnych odpowiedzi.
Niestety nie będzie samych pozytywów. Książka jest według mnie za długa, niektóre wątki są za bardzo rozciągnięte. Nawet najciekawiej opisana walka może się po pewnym czasie znudzić. I tutaj tak było, miałam wrażenie że ostateczna bitwa trwała z 1/4 książki (no dobra, trochę przesadzam) Pod koniec czułam spore znużenie i przemęczenie materiałem. Spokojnie dałoby się to wszystko przedstawić na 100 stronach mniej.
W każdym razie, nadal polecam Meekhańskie pogranicze całym sercem. W "Niebu ze stali" akcja nabiera tępa jednak nadal jest dopiero (przydługim) wstępem do właściwej akcji. A uwierzcie mi, będzie się działo!
AUTOR: Robert M. Wegner
CYKL: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
ILOŚĆ TOMÓW: 5+ (zapowiedziane w wywiadzie przez autora minimum 8)
OCENIANY TOM: 3
LICZBA STRON: 680
WYDANIE: 2012 (Powergraph)
Krwawy powrót do domu.
(MOŻLIWE SPOILERY POPRZEDNICH TOMÓW)
Verdanno wyruszyli odbić Wyżynę Lytherańską, swój dom. Zgodnie obietnicą Laskolnyk znalazł dla nich drogę dającą przynajmniej cień szansy na powodzenie wojennej wyprawy - trasę przez środek gór. Czy to w ogóle możliwe przeprowadzić przez Olekandy kilkadziesiąt tysięcy wozów? A nawet jeśli, na wyżynie czeka ich jeszcze spotkanie z Se-kohlandczykami. A koła nigdy nie wygrały z kopytami.
Czerwone Szóstki z Belenden oddaliły się daleko od domu. By uchronić ich przed wściekłymi Szczurami dowództwo wysłało ich jako wparcie na wschód, na Olekady. W górach od kilku miesięcy dochodzi do przerażających morderstw a patrole badające tą sprawę zapadają się pod ziemię.
Tam Kenneth, jak to on, wpada w kolejne kłopoty - dostaje jako uzupełnienie oddziału odpady z innych kompani, ludzi którzy zebrali już tyle nagan że nie wiadomo co z nimi zrobić. Jakby to nie wystarczyło między nimi jest też dziesiątka powiązana z tajemniczym zniknięciem oficera.
Kailean i Daghena zostały tymczasowo zwerbowane przez wywiad wewnętrzny, mają zbadać powiązania mieszkańców zamku z morderstwami. Jak dziewczyny poradzą sobie jako Szczury? Dwie stepowe wojowniczki w roli verdańskiej księżniczki i jej służki w domu meekhańskiej arystokracji - to nie ma szans się dobrze skończyć.
Najmłodsza córka And'ewersa, Key'la, zostaje zaatakowana w lesie przez szarych zabójców. Ratuje ją dziwny, wychudzony chłopiec. Dziewczynka postanawia w tajemnicy zaopiekować się swoim wybawicielem.
Kończymy z opowiadaniami, przechodzimy do dłuższej formy. Jak poradził sobie z nią autor?
Akcję śledzimy z perspektywy trzech bohaterów (pod koniec przewija się nawet więcej narratorów). Niestety przez to, że przez połowę książki były to osobne wątki, po przeskoku na inną postać musiałam od nowa wczuć się w jej relacje i całymi siłami powstrzymać się przed wertowaniem książki w poszukiwaniu dalszego ciągu poprzedniego wątku. W każdym razie, wszystkie linie fabularne są poprowadzone ciekawie i na końcu łączą się w jeden obraz.
Narracja każdej postaci zachowuje równy, dobry poziom wyróżniając się pewnymi drobnymi elementami. Kailean i Daghena ciągle sobie docinają, Kenneth jest trochę zwariowanym dowódcą umiejącym doprowadzić wszystkich do szału, a Key'la ma nadal dziecięce spojrzenie na świat, odmienne także ze względu na swoją kulturę.
No właśnie, jedno trzeba Wegnerowi przyznać - potrafi wykreować bardzo ciekawe kultury. "Niebo ze stali", jak się już pewnie domyśliliście skupia się się na Wozakach, tym dumnym i pełnym wewnętrznego smutku ludzie wygnańców. Co się wydarzyło w czasie Krwawego Marszu, że przepełnia ich taka nienawiść do jednego z ludów Se-kohlandczyków?
Ciekawe było oglądanie różnic między starym a nowym pokoleniem wychowanym między Meekhańczykami. Młodzi są pełni sprzeczności, z jednej strony przez pełne heroizmu opowieści pragną być najbardziej wozaccy jak to możliwe, z drugiej marzą o zerwaniu przysięgi danej bogini Laal i wskoczeniu na koński grzbiet.
Jednak to nie wszystko. Autor w końcu przedstawił nam bliżej wrogów Imperium, koczowników. Możemy prześledzić strukturę państwa rządzonego twardą ręką przez Ojca Wojny, Yawenyra. Czy ten cwany lis naprawdę kończy swój żywot, czy to tylko gra by osłabić czujność przeciwników? I to nie tylko tych zewnętrznych, ale też wewnętrznych. Rywalizacja między Synami Wolny nabiera na sile a pokonanie Verdanno byłoby idealną sytuacją do pokazania swojej przewagi. Dodatkowo ludy wcielone do Se-kohlandczyków darzą resztę czystą nienawiścią. Ten kocioł emocji i intryg tylko czeka na moment do wybuchu.
Wegner udoskonalił swój warsztat pisarski. Opisy pojedynków z opowiadań to nic w porównaniu do tego co teraz wyczynia. Epickie bitwy są opisanie w niesamowicie widowiskowy sposób. Czytając miałam je przed oczami: mury z wozów, ataki kawalerii, przemieszczenia oddziałów, pędzące rydwany, magiczne ataki.
Jednak są tu też opisy okrucieństwa które było aż trudno czytać. Wiem, po lekturze dalszych części, że był to istotny element do dalszego rozwoju fabuły, ale nie da się ukryć że autor mógł to przedstawić trochę łagodniej. Ale może jestem przewrażliwiona na wątki z dziećmi w roli głównej. Choć nie da się ukryć że ta scena była bardzo symboliczna.
Pisarzowi też coraz lepiej idzie rozluźnianie atmosfery drobnymi żartami czego trochę brakowało mi w opowiadaniach. Tutaj bez tego byłoby zdecydowanie za poważnie i dramatycznie.
A jak prezentuje się w tej części wątek boski? Było go dosyć mało, ledwie sugestie przyszłych wydarzeń, ale interesująco rozwinięto kwestię mroku. I dostajemy masę nowych pytań i żadnych odpowiedzi.
Niestety nie będzie samych pozytywów. Książka jest według mnie za długa, niektóre wątki są za bardzo rozciągnięte. Nawet najciekawiej opisana walka może się po pewnym czasie znudzić. I tutaj tak było, miałam wrażenie że ostateczna bitwa trwała z 1/4 książki (no dobra, trochę przesadzam) Pod koniec czułam spore znużenie i przemęczenie materiałem. Spokojnie dałoby się to wszystko przedstawić na 100 stronach mniej.
W każdym razie, nadal polecam Meekhańskie pogranicze całym sercem. W "Niebu ze stali" akcja nabiera tępa jednak nadal jest dopiero (przydługim) wstępem do właściwej akcji. A uwierzcie mi, będzie się działo!
sobota, 2 lutego 2019
Stosik styczniowy
Ekhem, chyba powinnam zacząć trzymać się z daleka od księgarni.... i komputera z którego mogę zamawiać.... szczególnie gdy mam zły humor i są wyprzedaże.... Zdecydowanie bardzo, ale to bardzo przesadziłam.
Na szczęście miałam w tym miesiącu ferie, wiec przeczytałam przynajmniej część rzeczy z tego wielkiego stosu.
* "Do Adolfów #2" to tom dla którego zrobiłam całe wielkie zamówienie. Trochę przestraszyła mnie informacja o braku dodruków ale przynajmniej zmotywowałam się do zakupu 2 tomu. Na razie nie przeczytane, ciężko znaleźć czas na taką cegiełkę.
* "Bramy światłości #3" planuję odświeżyć najpierw poprzednie dwa tomy.
* "Podniebny" - starszą twórczość Gier wspominam bardzo dobrze, Trylogia Czasu jest jedną z moich ulubionych młodzieżówek. Tutaj jednak obawiałam się, że pozycja będzie skierowana do młodszego odbiorcy (pewnie przez pstrokatą okładkę ;) ) i odwlekałam zakup. Ostatecznie zdecydowałam się po recenzji Zakładki do przyszłości i zdecydowanie nie żałuję. Uwielbiam poczucie humoru autorki, a lekki styl sprawia że jej książki pochłania się błyskawicznie. Fabuła jest prosta jednak poprowadzona w świetny sposób, przede wszystkim przez niesamowite persony. Główną bohaterkę polubiłam od pierwszego rozdziału, jednak najciekawsze są postacie poboczne. Goście i pracownicy są osobliwą mieszanką której na szczęście pisarka poświęciła sporo czasu "antenowego". Stworzony przez nią hotel jest naprawdę magicznym miejscem.
Dodatkowo wydanie jest śliczne, twarda, zdobiona oprawa, jednak ładnie też jest w środku. Numeracja stron jest spisana ozdobną czcionką a początek każdego rozdziału udekorowano zawijasem, na którym siada czarny ptak. Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam że przy każdym obrazku jest w innej pozycji! Taki drobny element a cieszy wzrok :)
* "Ślepnąc od świateł" to jeden z moich najbardziej spontanicznych zakupów ostatniego czasu. Muszę pamiętać by nie wchodzić do Empiku mając zły humor bo w tedy na pewno wyjdę z książką... dobrze gdy tylko z jedną.
Przeczytałam dopiero 1/4 i mam mieszane uczucia. Autor ma bardzo specyficzny styl pisania. W niektórych fragmentach używa samych krótkich zdań pojedynczych a w innych bardzo długich i barwnych. Ta różnorodność buduje specyficzną aurę, jednak momentami mi przeszkadza. Po drugie książka zawiera wiele wulgaryzmów, wiem że to pasuje do historii ale miałam ich przesyt. Na szczęście im dalej tym jest ich mniej.
Mam wrażenie że w książce istotniejsze są opisy postrzegania społeczeństwa niż sama akcja. Jest to ciekawe jednak mam nadzieję że w końcu oprócz tego zarysuje się konkretniejsza intryga.
* "Acony" przeczytałam pierwszy tom i zaczęło się świetnie. Osobliwy dom i jego mieszkańcy intrygują, jednak jak na razie było ich trochę za mało. Ciekawi mnie też rodzina Acony i ich badania, mam nadzieję że autorka rozwinie to w nietypowy sposób. Sama nasza tytułowa bohaterka jest wspaniale tajemnicza i w końcu trafiłam na mangową postać która ma kolorowe włosy z jakiegoś konkretnego powodu! Niemożliwe!
Kreskę polubiłam już przy "Lamencie Jagnięcia" (nadal rozpaczam że nie zostało wydane do końca...) a do stworzenia "Acony" rysownik zdążył się już rozwinąć. Cieszy mnie częsta obecność teł, nawet jeśli są tylko delikatnie zakreślone.
* "Powóz lorda Bradleya" Teoretycznie wiedziałam czego mam się spodziewać jednak i tak lektura była wstrząsająca i wywołująca wiele emocji. I dopiero teraz rozumiem w pełni komentarze o niewłaściwym posłowiu, po takim wnętrzu tekst o erotycznej Ani z Zielonego Wzgórza był niesmaczny i nie na miejscu.
* "Noragami #12-13" - Łał, po 11 tomach w końcu dostajemy mocne aluzje do wątku romantycznego! Kłótnia o pocałunki z innymi była przecudowna :)
Dalej atmosfera się zmienia i robi się bardzo poważnie. Tom 12 praktycznie cały przepełniony jest retrospekcjami o dzieciństwie Yato oraz wyjaśnieniu tajemnicy największego sekretu bogów. Ojciec dresiarza okazuje się jeszcze większym psychopatą niż myślałam.
Tom 13 nadal utrzymuje poważną atmosferę, konfrontacja z ojcem Yato, doprowadza do jego bardziej bezpośrednich działań.
Z powrotem wsiąkłam w tą serię (i znowu marzę o trzecim sezonie anime), fabuła nadal nie zawodzi, ba - jest coraz lepsza. Bardzo lubię komediowe wstawki w tej mandze jednak to poważne wątki sprawiają że nie mogę oderwać się od lektury. Zdecydowanie muszę zacząć zbierać Noragami bardziej regularnie (i dokupić początkowe tomy ;) )
* "ERASED #3" Satoru nie udaje się uratować Hinazuki, jej ponownym zaginięciem kończy się revival. Mężczyzna wraca do 2006 roku w którym jest podejrzany o zabójstwo własnej matki. Czy uda mu się znaleźć kogoś kto uwierzy w jego wersje?
Akcja nie zwalnia a wyścig z czasem trwa. Satoru musi znaleźć wskazówki nim dopadnie go policja. Czytelnik dostaje kilka tropów i pierwszych podejrzanych. Cieszy mnie, że zwiększyła się rola Airi, zdążyłam polubić postać tej wesołej dziewczyny. Nasz narrator nadal przedstawia swój trochę nietypowy sposób myślenia, przez co Erased dodatkowo się wyróżnia.
Znowu potrzebowałam chwili by przyzwyczaić się do kreski, szczególnie dziwnie wyglądają zaskoczone i przerażone twarze.
* "Śmiech w chmurach #2-5" pożyczyłam kiedyś od koleżanki pierwszy tom, kreska była piękna a historia zapowiadała się na coś interesującego. Gdy zobaczyłam wyprzedaż za 5zł długo się nie zastanawiałam. Teraz tylko mam nadzieję że uda mi się dokupić tom 1 i 6 i znowu nie wyląduję z niepełną serią...
* "Pieta #2" mam wrażenie że dwa tomy to trochę za mało by przywiązać się do bohaterek i wczuć się w dramatyczne wydarzenia. Jednak pomimo tak małej ich ilości autorce udało wystarczająco się nakreślić charaktery głównych postaci oraz przedstawić rozwój ich relacji. Dobrze zrobiło historii niezdefiniowanie do końca łączących dziewczyny uczuć
* "Are you Alice #5" fabuła w tej mandze jest tak poplątana że poczekam z czytaniem na większą ilość tomów.
* "Marina" uwielbiam Zafona i w końcu udało mi się dorwać szukaną od dawna "Marinę". I znowu już od pierwszych stron pisarz zaczarował mnie swoimi słowami. Barcelona opisywana w jego książkach sprawia, że bardzo chciałabym przejść się kiedyś jej uliczkami. Początek książki zapowiada tajemniczą i utrzymaną w podobnym klimacie co reszta jego młodzieżowych tekstów historię (która niestety musi zaczekać aż przebrnę przez "Ferdydurke" :( )
Na szczęście miałam w tym miesiącu ferie, wiec przeczytałam przynajmniej część rzeczy z tego wielkiego stosu.
* "Do Adolfów #2" to tom dla którego zrobiłam całe wielkie zamówienie. Trochę przestraszyła mnie informacja o braku dodruków ale przynajmniej zmotywowałam się do zakupu 2 tomu. Na razie nie przeczytane, ciężko znaleźć czas na taką cegiełkę.
* "Podniebny" - starszą twórczość Gier wspominam bardzo dobrze, Trylogia Czasu jest jedną z moich ulubionych młodzieżówek. Tutaj jednak obawiałam się, że pozycja będzie skierowana do młodszego odbiorcy (pewnie przez pstrokatą okładkę ;) ) i odwlekałam zakup. Ostatecznie zdecydowałam się po recenzji Zakładki do przyszłości i zdecydowanie nie żałuję. Uwielbiam poczucie humoru autorki, a lekki styl sprawia że jej książki pochłania się błyskawicznie. Fabuła jest prosta jednak poprowadzona w świetny sposób, przede wszystkim przez niesamowite persony. Główną bohaterkę polubiłam od pierwszego rozdziału, jednak najciekawsze są postacie poboczne. Goście i pracownicy są osobliwą mieszanką której na szczęście pisarka poświęciła sporo czasu "antenowego". Stworzony przez nią hotel jest naprawdę magicznym miejscem.
* "Ślepnąc od świateł" to jeden z moich najbardziej spontanicznych zakupów ostatniego czasu. Muszę pamiętać by nie wchodzić do Empiku mając zły humor bo w tedy na pewno wyjdę z książką... dobrze gdy tylko z jedną.
Przeczytałam dopiero 1/4 i mam mieszane uczucia. Autor ma bardzo specyficzny styl pisania. W niektórych fragmentach używa samych krótkich zdań pojedynczych a w innych bardzo długich i barwnych. Ta różnorodność buduje specyficzną aurę, jednak momentami mi przeszkadza. Po drugie książka zawiera wiele wulgaryzmów, wiem że to pasuje do historii ale miałam ich przesyt. Na szczęście im dalej tym jest ich mniej.
Mam wrażenie że w książce istotniejsze są opisy postrzegania społeczeństwa niż sama akcja. Jest to ciekawe jednak mam nadzieję że w końcu oprócz tego zarysuje się konkretniejsza intryga.
* "Acony" przeczytałam pierwszy tom i zaczęło się świetnie. Osobliwy dom i jego mieszkańcy intrygują, jednak jak na razie było ich trochę za mało. Ciekawi mnie też rodzina Acony i ich badania, mam nadzieję że autorka rozwinie to w nietypowy sposób. Sama nasza tytułowa bohaterka jest wspaniale tajemnicza i w końcu trafiłam na mangową postać która ma kolorowe włosy z jakiegoś konkretnego powodu! Niemożliwe!
Kreskę polubiłam już przy "Lamencie Jagnięcia" (nadal rozpaczam że nie zostało wydane do końca...) a do stworzenia "Acony" rysownik zdążył się już rozwinąć. Cieszy mnie częsta obecność teł, nawet jeśli są tylko delikatnie zakreślone.
* "Powóz lorda Bradleya" Teoretycznie wiedziałam czego mam się spodziewać jednak i tak lektura była wstrząsająca i wywołująca wiele emocji. I dopiero teraz rozumiem w pełni komentarze o niewłaściwym posłowiu, po takim wnętrzu tekst o erotycznej Ani z Zielonego Wzgórza był niesmaczny i nie na miejscu.
* "Noragami #12-13" - Łał, po 11 tomach w końcu dostajemy mocne aluzje do wątku romantycznego! Kłótnia o pocałunki z innymi była przecudowna :)
Dalej atmosfera się zmienia i robi się bardzo poważnie. Tom 12 praktycznie cały przepełniony jest retrospekcjami o dzieciństwie Yato oraz wyjaśnieniu tajemnicy największego sekretu bogów. Ojciec dresiarza okazuje się jeszcze większym psychopatą niż myślałam.
Tom 13 nadal utrzymuje poważną atmosferę, konfrontacja z ojcem Yato, doprowadza do jego bardziej bezpośrednich działań.
Z powrotem wsiąkłam w tą serię (i znowu marzę o trzecim sezonie anime), fabuła nadal nie zawodzi, ba - jest coraz lepsza. Bardzo lubię komediowe wstawki w tej mandze jednak to poważne wątki sprawiają że nie mogę oderwać się od lektury. Zdecydowanie muszę zacząć zbierać Noragami bardziej regularnie (i dokupić początkowe tomy ;) )
* "ERASED #3" Satoru nie udaje się uratować Hinazuki, jej ponownym zaginięciem kończy się revival. Mężczyzna wraca do 2006 roku w którym jest podejrzany o zabójstwo własnej matki. Czy uda mu się znaleźć kogoś kto uwierzy w jego wersje?
Akcja nie zwalnia a wyścig z czasem trwa. Satoru musi znaleźć wskazówki nim dopadnie go policja. Czytelnik dostaje kilka tropów i pierwszych podejrzanych. Cieszy mnie, że zwiększyła się rola Airi, zdążyłam polubić postać tej wesołej dziewczyny. Nasz narrator nadal przedstawia swój trochę nietypowy sposób myślenia, przez co Erased dodatkowo się wyróżnia.
* "Śmiech w chmurach #2-5" pożyczyłam kiedyś od koleżanki pierwszy tom, kreska była piękna a historia zapowiadała się na coś interesującego. Gdy zobaczyłam wyprzedaż za 5zł długo się nie zastanawiałam. Teraz tylko mam nadzieję że uda mi się dokupić tom 1 i 6 i znowu nie wyląduję z niepełną serią...
* "Pieta #2" mam wrażenie że dwa tomy to trochę za mało by przywiązać się do bohaterek i wczuć się w dramatyczne wydarzenia. Jednak pomimo tak małej ich ilości autorce udało wystarczająco się nakreślić charaktery głównych postaci oraz przedstawić rozwój ich relacji. Dobrze zrobiło historii niezdefiniowanie do końca łączących dziewczyny uczuć
* "Are you Alice #5" fabuła w tej mandze jest tak poplątana że poczekam z czytaniem na większą ilość tomów.
* "Marina" uwielbiam Zafona i w końcu udało mi się dorwać szukaną od dawna "Marinę". I znowu już od pierwszych stron pisarz zaczarował mnie swoimi słowami. Barcelona opisywana w jego książkach sprawia, że bardzo chciałabym przejść się kiedyś jej uliczkami. Początek książki zapowiada tajemniczą i utrzymaną w podobnym klimacie co reszta jego młodzieżowych tekstów historię (która niestety musi zaczekać aż przebrnę przez "Ferdydurke" :( )
Jak u was w styczniu?
czwartek, 24 stycznia 2019
"Belfer" sezon 1
TYTUŁ: Belfer
KRAJ: Polska
TWÓRCA SERIALU: Bartłomiej Ignaciuk
DATA EMISJI: 2 październik 2016- 27 listopad 2016
CZAS TRWANIA: 10 x 55 min
Esencja seriali kryminalnych
Każda porządna historia powinna zacząć się od morderstwa. "Belfer w tej kwestii nie zawodzi.
Dobrowice to typowe polskie małe miasteczko, wszyscy się znają, nie wtykają w sprawy sąsiadów a wielki świat widzą tylko w telewizji. Może się to zmienić przez nową inwestycję i współpracę ze Szwedami jednak przedtem dochodzi to tragicznego wydarzenia. Asia Walewska, prymuska z (pozornie) idealnym życiem zostaje znaleziona w lesie, martwa. Oczywiście, szybko okazuje się że to nie było samobójstwo a spokój Dobrowic kończy się natychmiastowo. Krótko po tych wydarzeniach do miasteczka przyjeżdża nowy polonista i zaczyna węszyć wokół tajemniczej śmierci.
Następny polski serial po który sięgnęłam (i kolejny kryminalny). Tutaj jednak, w porównaniu do Ultravioletu, przez cały sezon obserwujemy zmagania nad jedną sprawą. Co jest dużo trudniejsze w wykonaniu i scenariuszowo. I jak naszym rodakom ostatecznie poszło?
Sam serial jest technicznie zrobiony na wysokim poziomie. Dobre ujęcia (bez pleców na cały ekran, co mnie w polskich produkcjach bardzo irytuje), dobrana muzyka, słyszalne dialogi (oprócz kilku pojedynczych momentów, ale i tak - spory postęp).
Aktorsko jest naprawdę nieźle, duży plus za dobrze dobranych młodych aktorów. Szczególnie zwróciła moją uwagę Paulina Szostak w roli Eweliny, najlepszej przyjaciółki ofiary, chłopak Asi - Maciek (Józef Pawłowski) i rodzeństwo Molenda (Grabowska i
Więcławek). Wśród starszego pokolenia sceny skradał Grzegorz Damięcki swoją rolą bogatego biznesmena trzęsącego miasteczkiem. Na Piotra Głowackiego po pewnym czasie przestałam patrzeć przez pryzmat roli w "Na dobre i na złe" więc można to uznać za sukces, za to Katarzyna Dąbrowska na zawsze pozostała w mojej głowie doktor Consalidą. Stuhr ani mnie nie zachwycił ani nie przeszkadzał, wszystko było zagrane poprawnie jednak czegoś mi w jego postaci brakowało. Jednak muszę przyznać że żaden z aktorów mnie nie irytował więc ogólnie pod tym względem duży plus.
A jak prezentuje się sama zagadka kryminalna? Intryga jest dobrze zaplanowana. Tropy zwodzą widzów na manowce i mylą ślady jednak ostatecznie łączą się w logiczne rozwiązanie. Trzeba też przyznać twórcom, że zostawili nam sporo, często nieoczywistych, tylko wzbudzających lekką niepewność wskazówek. Niestety, gdy pozna się za dużo seriali i książek kryminalnych zauważa się, że wszystkie sprawy mają ze sobą za dużo wspólnego. I zwroty akcji przestają być zaskakujące. Tak jest niestety i w "Belfrze". Prawie każdej akcji domyślałam się przed czasem, a ostatecznego winowajce zgadłam w połowie serii (choć nie da się ukryć że wiele razy zwątpiłam i spodziewałam się że jego wina będzie bardziej bezpośrednia) Jest tu też wiele typowych motywów (jak skorumpowany komendant, grupa bogatych i wpływowych mieszkańców prawdziwie rządzących miasteczkiem, klasowi dilerzy, miejscowy gang) Nie twierdzę że to źle, wiele dobrych seriali zachodnich też opiera się o ten schemat historii. "Belfer" zawiera wszystko co dobre w seriach kryminalnych, po prostu mało daje od siebie.
Kilka rzeczy jednak bardzo mi się podobało. Po pierwsze, w końcu nie mamy do czynienia z nieudolną policją. Są skorumpowani, to prawda, jednak nie głupi i jak działają robią to sprawnie. Pomimo utrudnień starają się dorwać sprawce.
Dobrze wyjaśniono czemu belfrowi tak zależy na znalezieniu winowajcy. Mam dosyć bohaterów działających z czystego poczucia sprawiedliwości.
Postacie nie są czarno-białe a nawet główny bohater nie ogranicza metod i jest gotowy pobrudzić sobie rączki. Twórcy tak kierują naszymi emocjami że w pewnym momencie kibicowałam tym teoretycznie negatywnym.
Sceneria małej miejscowości zbudowała świetny klimat. Przez tą prowincjonalność coraz bardziej odczuwało się atmosferę tragizmu i powolnego niszczenia idylli. W miejscu gdzie wszyscy się znają, taka zbrodnia ma jeszcze większy wydźwięk.
Jedna rzecz mnie mocno raziła - to że głównego bohatera wszyscy naprawdę nazywali belfrem. Po prostu to słowo praktycznie całkowicie wyszło już z użycia, brzmiało to bardzo nienaturalnie. Ale to tylko taka drobna uwaga.
Zastanawiacie się pewnie jak z zakończonej historii o człowieku niepowiązanym normalnie ze zbrodniami zrobić drugi sezon serialu kryminalnego?
I tym sposobem dochodzimy do dziwacznego zakończenia. W pewnym momencie oglądania żartowaliśmy sobie, że powinno się skończyć w pewien bardzo, ale to bardzo absurdalny sposób. To był pomysł z pogranicza tych wszystkich głupich parodii. I, nadal trudno mi w to uwierzyć, ostatnia scena naprawdę potoczyła się taki sposób!!! Jak traktować przez to produkcję poważnie!!!! (do osób które oglądały: A wy co uważacie o nauczycielu-tajnym agencie?)
Jeśli chcecie obejrzeć dobry, kryminalny serial to naprawdę polecam. Głównie osobom które nie są jeszcze starymi wyjadaczami tego gatunku. Ci drudzy też powinni się dobrze bawić,jednak nie nastawiajcie się na duże zaskoczenia.
W każdym razie - Polacy, tak trzymać!
KRAJ: Polska
TWÓRCA SERIALU: Bartłomiej Ignaciuk
DATA EMISJI: 2 październik 2016- 27 listopad 2016
CZAS TRWANIA: 10 x 55 min
Esencja seriali kryminalnych
Każda porządna historia powinna zacząć się od morderstwa. "Belfer w tej kwestii nie zawodzi.
Dobrowice to typowe polskie małe miasteczko, wszyscy się znają, nie wtykają w sprawy sąsiadów a wielki świat widzą tylko w telewizji. Może się to zmienić przez nową inwestycję i współpracę ze Szwedami jednak przedtem dochodzi to tragicznego wydarzenia. Asia Walewska, prymuska z (pozornie) idealnym życiem zostaje znaleziona w lesie, martwa. Oczywiście, szybko okazuje się że to nie było samobójstwo a spokój Dobrowic kończy się natychmiastowo. Krótko po tych wydarzeniach do miasteczka przyjeżdża nowy polonista i zaczyna węszyć wokół tajemniczej śmierci.
Następny polski serial po który sięgnęłam (i kolejny kryminalny). Tutaj jednak, w porównaniu do Ultravioletu, przez cały sezon obserwujemy zmagania nad jedną sprawą. Co jest dużo trudniejsze w wykonaniu i scenariuszowo. I jak naszym rodakom ostatecznie poszło?
Sam serial jest technicznie zrobiony na wysokim poziomie. Dobre ujęcia (bez pleców na cały ekran, co mnie w polskich produkcjach bardzo irytuje), dobrana muzyka, słyszalne dialogi (oprócz kilku pojedynczych momentów, ale i tak - spory postęp).
Aktorsko jest naprawdę nieźle, duży plus za dobrze dobranych młodych aktorów. Szczególnie zwróciła moją uwagę Paulina Szostak w roli Eweliny, najlepszej przyjaciółki ofiary, chłopak Asi - Maciek (Józef Pawłowski) i rodzeństwo Molenda (Grabowska i
Więcławek). Wśród starszego pokolenia sceny skradał Grzegorz Damięcki swoją rolą bogatego biznesmena trzęsącego miasteczkiem. Na Piotra Głowackiego po pewnym czasie przestałam patrzeć przez pryzmat roli w "Na dobre i na złe" więc można to uznać za sukces, za to Katarzyna Dąbrowska na zawsze pozostała w mojej głowie doktor Consalidą. Stuhr ani mnie nie zachwycił ani nie przeszkadzał, wszystko było zagrane poprawnie jednak czegoś mi w jego postaci brakowało. Jednak muszę przyznać że żaden z aktorów mnie nie irytował więc ogólnie pod tym względem duży plus.
A jak prezentuje się sama zagadka kryminalna? Intryga jest dobrze zaplanowana. Tropy zwodzą widzów na manowce i mylą ślady jednak ostatecznie łączą się w logiczne rozwiązanie. Trzeba też przyznać twórcom, że zostawili nam sporo, często nieoczywistych, tylko wzbudzających lekką niepewność wskazówek. Niestety, gdy pozna się za dużo seriali i książek kryminalnych zauważa się, że wszystkie sprawy mają ze sobą za dużo wspólnego. I zwroty akcji przestają być zaskakujące. Tak jest niestety i w "Belfrze". Prawie każdej akcji domyślałam się przed czasem, a ostatecznego winowajce zgadłam w połowie serii (choć nie da się ukryć że wiele razy zwątpiłam i spodziewałam się że jego wina będzie bardziej bezpośrednia) Jest tu też wiele typowych motywów (jak skorumpowany komendant, grupa bogatych i wpływowych mieszkańców prawdziwie rządzących miasteczkiem, klasowi dilerzy, miejscowy gang) Nie twierdzę że to źle, wiele dobrych seriali zachodnich też opiera się o ten schemat historii. "Belfer" zawiera wszystko co dobre w seriach kryminalnych, po prostu mało daje od siebie.
Kilka rzeczy jednak bardzo mi się podobało. Po pierwsze, w końcu nie mamy do czynienia z nieudolną policją. Są skorumpowani, to prawda, jednak nie głupi i jak działają robią to sprawnie. Pomimo utrudnień starają się dorwać sprawce.
Dobrze wyjaśniono czemu belfrowi tak zależy na znalezieniu winowajcy. Mam dosyć bohaterów działających z czystego poczucia sprawiedliwości.
Postacie nie są czarno-białe a nawet główny bohater nie ogranicza metod i jest gotowy pobrudzić sobie rączki. Twórcy tak kierują naszymi emocjami że w pewnym momencie kibicowałam tym teoretycznie negatywnym.
Sceneria małej miejscowości zbudowała świetny klimat. Przez tą prowincjonalność coraz bardziej odczuwało się atmosferę tragizmu i powolnego niszczenia idylli. W miejscu gdzie wszyscy się znają, taka zbrodnia ma jeszcze większy wydźwięk.
Jedna rzecz mnie mocno raziła - to że głównego bohatera wszyscy naprawdę nazywali belfrem. Po prostu to słowo praktycznie całkowicie wyszło już z użycia, brzmiało to bardzo nienaturalnie. Ale to tylko taka drobna uwaga.
Zastanawiacie się pewnie jak z zakończonej historii o człowieku niepowiązanym normalnie ze zbrodniami zrobić drugi sezon serialu kryminalnego?
I tym sposobem dochodzimy do dziwacznego zakończenia. W pewnym momencie oglądania żartowaliśmy sobie, że powinno się skończyć w pewien bardzo, ale to bardzo absurdalny sposób. To był pomysł z pogranicza tych wszystkich głupich parodii. I, nadal trudno mi w to uwierzyć, ostatnia scena naprawdę potoczyła się taki sposób!!! Jak traktować przez to produkcję poważnie!!!! (do osób które oglądały: A wy co uważacie o nauczycielu-tajnym agencie?)
Jeśli chcecie obejrzeć dobry, kryminalny serial to naprawdę polecam. Głównie osobom które nie są jeszcze starymi wyjadaczami tego gatunku. Ci drudzy też powinni się dobrze bawić,jednak nie nastawiajcie się na duże zaskoczenia.
W każdym razie - Polacy, tak trzymać!
A jakie są wasze wrażenia?
Udało wam się zgadnąć morderce?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



